O mnie

"Jeśli jesteś uwięziony pomiędzy tym, co czujesz, a tym, co wypada zrobić i co pomyślą inni, zawsze wybieraj to, co może sprawić, że będziesz czuł się szczęśliwy. Chyba, że chcesz, by szczęśliwi byli wszyscy oprócz Ciebie!" Nie odkładam marzeń. Odkładam na marzenia:)

piątek, 30 stycznia 2015

Chillout ;)

Są! Dotrwałam! Kolejne ferie moje! Tym razem chillout przy zielonej herbacie.:) Nie narzekam, przywykłam. We wtorek rytualne, profesjonale ważenie, mam nadzieję, że znów będzie się czym pochwalić. Niby wiem, że spada, ale jakoś tej "poważnej" wadze wierzę bardziej niż swojej prywatnej.;) 
Szkoda tylko, że na początek tego dobrego jestem trochę jak nasi szczypiorniści - ja też przegrałam z (K)katarem...
No cóż, Ibuprom Zatoki i do boju!;)

piątek, 16 stycznia 2015

Niby to tylko kilogramy...

No właśnie, niby nic szczególnego, kilogramy, a jeśli się zastanowić, co zmienia ubytek tych "tylko kilogramów", to wychodzi na to, że zmienia wszystko. Wszystko, wszystko, wszystko! A właściwie tylko jedną rzecz, która ma wpływ na całą resztę i tak rusza lawina. Bo kiedy kilogramów robi się "naście" mniej, to zmienia się to, co jest w głowie. A przecież tam jest centrum dowodzenia.:)
Już sam fakt, że tak sobie swobodnie o tych kilogramach mówię i piszę, to jednak jakaś zmiana. Niby wydawało mi się zawsze, że psychicznie nie stanowią one dla mnie aż tak wielkiego balastu, chyba po prostu w pewnym momencie się z nimi pogodziłam. Niby nie miałam większych kompleksów, choć w głębi duszy miałam ogromne i zawsze (może zdziwi to Was), ale naprawdę zawsze miałam świadomość, że jednak naddatek wagowy trochę ogranicza moje prawdziwe "ja". Nie popadałam wprawdzie w stany skrajnego przygnębienia, depresji, rozpaczy, płaczu, głodówek i wymiotów, bo szczęście raczej obce nigdy mi nie było, nawet jak było mnie te kilkanaście kilo więcej, ale jednak gdzieś zawsze towarzyszyło mi poczucie, że taka "ja" to jeszcze nie do końca "ja". Teraz wiem, że ten dłuuugi etap życia odchodzi i mam nadzieję, że bezpowrotnie.:) Wiem, brzmi to wszystko jakbym właśnie osiągnęła wagę 50 kilo i odebrała cztery telefony z "Top Model", jak pisałam to ostatnio D.;) Ani tyle nie ważę, ani nie odbieram takich telefonów oczywiście,  ani nawet jeszcze nie osiągnęłam swojego celu, ta moja przemiana też nie jest jeszcze porażająca, ale za to dla mnie porażające jest to, jak fajnie się czuję - i fizycznie, i psychicznie.:) Satysfakcja, pewność siebie, odbicie w lustrze, które sprawia radość, stawanie na wadze, które poprawia humor i motywuje, komentarze znajomych, rodziny, nawet dzieciaków w pracy - to wszystko jest warte więcej niż ciastko z kremem, paczka chipsów, szklanka coli, frytki z Maca i inne takie "smakołyki".;) A najwięcej warta jest świadomość, że umiem i mogę to zrobić. Że umiem zorganizować się tak, żeby rano zrobić śniadanie, przygotować dwa kolejne pudełeczka jedzenia do pracy, 2 razy w tygodniu zrobić zakupy według listy, poporcjować jedzenie, a trzy wieczory w tygodniu poświęcić wyginaniu, rozciąganiu i wylewaniu potu.:) Uczę się planować, organizować, oszczędzać i rozsądnie gospodarować, tak, żeby i mąż z głodu nie umarł.;) I pisząc to, już się boję, co by to było, jakby mi się przestało udawać. Ale to taka moja taktyka, bo im więcej osób wie o diecie, tym większy byłby mój wstyd, gdybym się poddała.;)
U mnie to akurat dieta, ale mógłby to być każdy inny cel. Wniosek jest jeden - ludzie, DA SIĘ! Naprawdę da się spełniać marzenia. Nie zawsze jest łatwo, ale zawsze warto.:) 
Trzymajcie nadal kciuki!:) 
Gratulacje dla tych, którzy przeczytali całość.;)

niedziela, 4 stycznia 2015

Dialogi dietetyczne :)

Żona: Mężu, oznajmiam, iż waga wskazała cyfrę z czasów ślubu.:)
Mąż: Czyli...jaką cyfrę?
Żona: Ha, tego ci nie powiem, powiem tylko, że o (tu pada cyfra, w którą sama nie wierzę;) ) mniej niż w momencie "krytycznym".
Mąż spogląda jakoś tak z niedowierzaniem i bez przekonania.
Żona: Przyznaj się, że nie dostrzegasz ani jednego zrzuconego kilograma. Może to dlatego, że widzisz mnie codziennie...
Mąż: Nieprawda! Widzę!
Żona: Taaaak? A po czym?
Mąż: Po tym, że zajmujesz mniej miejsca w łóżku!

No cóż... w sumie każda motywacja jest dobra... Jedni widzą mniej masywne uda, drudzy szczuplejszą twarz, jeszcze inni chudsze ramiona, a niektórzy po prostu mają w łóżku więcej miejsca...;)

czwartek, 1 stycznia 2015

I postanawiam się poprawić :)

Jest i on, Nowy Rok. Oby był dla nas wszystkich szczęśliwy i jeszcze lepszy niż ten, który minął albo przynajmniej tak samo dobry, bo osobiście nie mam chyba do niego większych zastrzeżeń.;) Ale wiadomo - zawsze może być lepiej. Postanowienia? Jedno ważne złożyłam sobie jakoś w październiku i trzymam się go dość konsekwentnie, więc na nim się skupię i postanowię sobie, że dalej będzie się trzymać.:) I drugie, równie ważne - zawsze będę pamiętała, co w życiu ważne i co ważniejsze.:) Nie dajmy się zwariować! No i obiecuję poprawę blogową, bo statystyka spada, a przecież trochę się działo.

Szczęśliwego! :)

poniedziałek, 22 grudnia 2014

A Ty którym typem jesteś? ;)

Jeżeli jest się na diecie, ale takiej serio serio, to nie ma innego wyjścia, jak tylko się z dietą i nowym stylem życia zaprzyjaźnić, bo sukces można odnieść tylko wtedy, kiedy idzie się ręka w rękę. Tak też właśnie staram się do tego podchodzić i traktować moją dietę jak sprzymierzeńca i przyjaciela, z którego czasem mogę się pośmiać i pożartować. :) A w zasadzie to mogę się pośmiać z siebie na diecie. I właśnie po dzisiejszej serii ćwiczeń z paniami z internetu, innymi niż słynna pani Ewa, trafiłam na taki filmik:


No więc którym typem jestem? Hmmm... po pierwsze na siłownię póki co nie chadzam, bo jej namiastkę mam w domu plus internet plus pomysłowość. Nie odrzucam jednak takiej możliwości w niedalekich czasach, tak za parę kilo.;) Po drugie, wolę raczej ćwiczyć sama, więc typ nr 3 odpada. Choć mając w pamięci wyprawy nordicowe z A., na których systematycznie obgady... to znaczy omawiałyśmy różnie sprawy i różnych ludzi ;), także i typ 3 należy brać pod uwagę. Typ numer 2 też nie do końca mi obcy, bo uwielbiam (uwaga, zaleci próżnością) zabierać się do ćwiczeń w makijażu po pracy.:))) Mroczna jak pani nr 4 też nie jestem, chyba, że w poniedziałek na pierwszej lekcji, bo się wkurzam, że cały tydzień przede mną. Wychodziłoby więc na to, że typ fitness i moje ostatnie poczynania faktycznie cechują się wytrwałością ( od 11 listopada nie daję cukru do herbaty, to przynajmniej tak sobie posłodzę ;)). Tylko niestety nie jestem jeszcze taka szczupła i piękna jak pani nr 1 z powyższego filmiku. No dobra... nie jestem jeszcze taka szczupła.;) Ale staram się, bo 30-ego jadę na mecz Resovii i siedzę w trzecim rzędzie.;)

wtorek, 16 grudnia 2014

O spodniach, które nie pojechały na wakacje ;)

Mam takie jedne. Kupiłam je przez internet w jednym z moich ulubionych sklepów z & w środku jakoś pod koniec maja, z zamysłem, że będą jak znalazł na gdańsko - siatkarską wyprawę. Granatowe, za kolano, ze ściągaczami na nogawkach, takie w sam raz. Niestety spodnie do Gdańska nie pojechały, bo okazały się... za małe. Nie odesłałam ich jednak, bo bardzo mi się podobały i pomyślałam: "Może kiedyś nastąpi cud i w nie wejdę..." Z takim marzeniem odłożyłam je do szafy z końcem maja. I tu zmierzam do sedna dzisiejszego postu. Otóż cud nastąpił w minioną sobotę.:)))
Właściwie zbieram się już od miesiąca, żeby napisać tu o pewnej zmianie w moim życiu, ale chciałam poczekać do momentu, w którym będę miała się już czym pochwalić. Moje obiecywanki i postanowienia zrzucenia zbędnych kilogramów czytaliście tu nie jeden raz, sto razy więcej ja składałam je sobie sama. Aż dorosłam do momentu, w którym powiedziałam sobie "Teraz albo nigdy" i wreszcie postanowiłam oddać swoje kilogramy w ręce fachowca. I tak pod koniec października trafiłam do przesympatycznej pani dietetyk. Już wtedy było mnie o jakieś 5 kilo mniej od momentu "krytycznego" odnotowanego na początku maja. Dokładnie 11 listopada zaczęłam "współpracę" z profesjonalnym jadłospisem, który jest drogą do mojej osobistej Niepodległości. :) Długo by pisać, co i jak dokładnie, napiszę więc, że dziś, po pięciu tygodniach zdrowego żywienia (które nie ma nic wspólnego z głodzeniem się) oraz solidnej i regularnej aktywności fizycznej trzy razy w tygodniu, jest mnie o kolejne 7 kilo i 80 deko mniej.:))) Plus wypracowane w wakacje 5, co daje w sumie... 12,8 kg.:) Gdyby taki wynik wskazywała moja waga domowa, to pewnie podejrzewałabym, że się zepsuła, ale na szczęście to wynik potwierdzony przez profesjonalny sprzęt pani doktor.;) 
W jakim jestem nastroju, pisać chyba nie muszę.:) Zdaję sobie sprawę, że to dopiero początek i trochę jeszcze przede mną, ale z tego, co już wypracowałam jestem bardzo bardzo dumna. I już wiem, że naprawdę można! 
Zaznaczam też od razu, że wizualnie zmiana nie jest jeszcze spektakularna, ale powoli zaczynam ją już widzieć sama w lustrze oraz poprzez coraz luźniejsze ubrania. Apogeum była sobota i granatowe spodnie, które są już gotowe na kolejne wakacje.:) 
Trzymajcie mocno kciuki!:)

niedziela, 7 grudnia 2014

"W życiu mężczyzny przychodzi moment, gdy..."

Coś dziwnego stało się z moim mężem. Zaczynam nawet podejrzewać, że to nie mój mąż, tylko jakiś podmieniony, ujawniony niedawno brat bliźniak zza oceanu.;) Otóż mąż mój, wielbiciel relaksu w formie raczej biernej, w towarzystwie komputera i internetu, od kilku tygodni ni stąd, ni zowąd, przypomniał sobie o "dziecku" naszym, pasierbie rzecz byłoby właściwiej, zapomnianym, porzuconym, odtrąconym na bok, wypartym z pamięci, jakim to jest (to znaczy był do tej pory) nasz domowy (i mentalny) poziom "minus jeden", potocznie zwany piwnicą. Piwnica, jaka jest, każdy widzi, choć lepiej może, że nie każdy, bo dobrze to nie wygląda. Wstyd to pisać w internetach, ale ta nasza to takie typowe pomieszczenie, w którym składa się to, co do żadnego innego pomieszczenia w domu nie pasuje albo co stało się ofiarą nieudanych zakupów, porzuconych pasji, minionych pór roku bądź zmienionych diet. Do tego piec, jakże w istotny w obecnej porze roku, a także bajzel ogólny, jakże nieistotny dla mnie. Wiem - wstyd. Tak w każdym razie było od kilku lat aż do ubiegłego tygodnia. Wtedy właśnie podmieniono mi męża i zorientowałam się, że z piwnicy coraz częściej dobiegają odgłosy... remontu! Co się okazało? Ano okazało się, że mąż, pod wpływem niewiadomych sił, zaczął przygotowywać w piwnicy coś na kształt... warsztatu! Na starym piecu ułożył blat z resztek mebli, rzeczony piec wymalował, zrobił półki, na które systematycznie dokupuje nowe sprzęty. I tak w przeciągu kilkunastu dni nabyliśmy np. odkurzacz do pyłu! To jedyna nazwa, jaką zapamiętałam. Reszty szlifierek nie ogarnęłam. W każdym razie zdumienie moje sięgnęło szczytu i kiedy dziś, po kilku już dniach tego zdumienia odzyskałam głos i zapytałam: "A co Ci się w ogóle stało, że Ty się tak za tą piwnicę zabrałeś?", usłyszałam odpowiedź:
- Bo wiesz... w życiu mężczyzny przychodzi taki moment, kiedy przeczyta już cały internet i wtedy musi zabrać się za piwnicę!

:D

Naprawdę... są rzeczy na niebie i ziemi... ;)