Nawet przy Małyszu tak nie beczałam, a przez kilka ładnych lat byłam wielkim i oddanym kibicem...
Jak zwykle podeszłam do sprawy po babsku ;(
Ktoś, kto ma tak miękki tyłek jak ja nie powinien oglądać żadnych ważnych wydarzeń sportowych...
Życie... To chyba jedyny dobry komentarz...
Ech...
O mnie
- pyza
- "Jeśli jesteś uwięziony pomiędzy tym, co czujesz, a tym, co wypada zrobić i co pomyślą inni, zawsze wybieraj to, co może sprawić, że będziesz czuł się szczęśliwy. Chyba, że chcesz, by szczęśliwi byli wszyscy oprócz Ciebie!" Nie odkładam marzeń. Odkładam na marzenia:)
środa, 8 sierpnia 2012
Muszę!:)
8 minut do ćwierćfinału! Na moich oczach dzieje się historia, dlatego ten dzień postanowiłam tu upamiętnić z nadzieją, z OGROMNĄ NADZIEJĄ, że jeszcze dwa takie dni będę mogła tu upamiętniać w tym tygodniu.:)
I nie wiem, co jeszcze napisać.
Let's go, guys!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
I nie wiem, co jeszcze napisać.
Let's go, guys!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
wtorek, 7 sierpnia 2012
Tarta on the top!
U mnie zdecydowanie! Bardzo chętnie ostatnio wykorzystuję formę, w którą się zaopatrzyłam przy okazji sylwestrowej potrawy.
A to już dzisiejszy obiad, którego mąż zapewne nie ruszy, toteż są i klasyczne kotlety:] Przepis znaleziony wczoraj. Tarty wprawdzie można przyrządzać i na słodko, i na ostro, ale ja jakoś preferuję na ostrrrrrrro, hehe;) Wszak nie ma co sobie za bardzo słodzić.;)
Muszę przyznać, że faktycznie jest ostro, może dlatego, że pomyliłam torebki i dodałam najpierw łyżeczkę papryki słodkiej, zamiast ostrej, a potem, żeby się zrehabilitować, dodałam jeszcze dwie i pół łyżeczki ostrej. :D Ogólnie - całkiem ok, choć brokuł jakiś mdławy. Ale czy przy doprawionym kurczaku i doprawionym (solidnie!) "sosie wierzchnim" brokuł musi być wyrazisty? A może to dlatego, że nie dodałam zalecanego sosu sojowego, którego nie posiadam i nie kupiłam.
Smaczne i łatwe w przygotowaniu, sycące i niebrudzące wielu garnków (wielki plus!).
Efekt:
A z profilu:
http://www.wielkiezarcie.com/recipe58383.html
To kto, na co i kiedy wpada?
:)
A to już dzisiejszy obiad, którego mąż zapewne nie ruszy, toteż są i klasyczne kotlety:] Przepis znaleziony wczoraj. Tarty wprawdzie można przyrządzać i na słodko, i na ostro, ale ja jakoś preferuję na ostrrrrrrro, hehe;) Wszak nie ma co sobie za bardzo słodzić.;)
Muszę przyznać, że faktycznie jest ostro, może dlatego, że pomyliłam torebki i dodałam najpierw łyżeczkę papryki słodkiej, zamiast ostrej, a potem, żeby się zrehabilitować, dodałam jeszcze dwie i pół łyżeczki ostrej. :D Ogólnie - całkiem ok, choć brokuł jakiś mdławy. Ale czy przy doprawionym kurczaku i doprawionym (solidnie!) "sosie wierzchnim" brokuł musi być wyrazisty? A może to dlatego, że nie dodałam zalecanego sosu sojowego, którego nie posiadam i nie kupiłam.
Smaczne i łatwe w przygotowaniu, sycące i niebrudzące wielu garnków (wielki plus!).
Efekt:
A z profilu:
http://www.wielkiezarcie.com/recipe58383.html
To kto, na co i kiedy wpada?
:)
Quiche lorraine, czyli łyk kuchni francuskiej
Przepis na placek lotaryński (bo można i tak) w mojej kuchni jest pamiątką po ostatnim Sylwestrze, gdzie z menu - bądź co bądź - trochę się przeliczyliśmy, mam na myśli stosunek ilości jedzenia do ilości gości;). Tak czy siak, wspomnienia tak towarzyskie, jak kulinarne, są miłe. A jednym z nich jest właśnie quiche lorraine przywieziony przez Państwa S. (już niebawem!:D)
W mojej - mojej kuchni bardzo długo nieobecne były potrawy, które wymagały przygotowania ciasta na spód czy jakiegokolwiek poważniejszego miksowania. Bo najpierw nie miałam miksera, a jak już go miałam, to i tak trwałam w przekonaniu, że z ciastem, to mi się jednak nie upiecze. Ale w te wakacje się przełamałam, właśnie przepisem na placek lotaryński. Choć mam wrażenie, że wychodzi ciut zakalcowato (a może tak ma być?) to jednak nie taki placek straszny, jak go malują.:) Sami zobaczcie, myślę, że wierzch całkiem ok. Smak jeszcze lepszy.:) Dziękuję więc szanownej koleżance za "zaprzyjaźnienie" mnie z potrawą, która przełamała mą niechęć do placków.;)
I przepis: http://www.makecookingeasier.pl/na-obiad/quiche-lorraine-z-boczkiem-i-cebula/
W sposobie przygotowania pomięto jakoś kwestię oliwek. Na zdjęciach widać, że są one w całości wrzucane do boczku i cebuli, ale że ja zauważyłam to dopiero teraz, to moje oliwki były krojone w plasterki i wrzucane na masę jajeczną mniej więcej w połowie zapiekania. Tak sobie wymyśliłam.:)
W mojej - mojej kuchni bardzo długo nieobecne były potrawy, które wymagały przygotowania ciasta na spód czy jakiegokolwiek poważniejszego miksowania. Bo najpierw nie miałam miksera, a jak już go miałam, to i tak trwałam w przekonaniu, że z ciastem, to mi się jednak nie upiecze. Ale w te wakacje się przełamałam, właśnie przepisem na placek lotaryński. Choć mam wrażenie, że wychodzi ciut zakalcowato (a może tak ma być?) to jednak nie taki placek straszny, jak go malują.:) Sami zobaczcie, myślę, że wierzch całkiem ok. Smak jeszcze lepszy.:) Dziękuję więc szanownej koleżance za "zaprzyjaźnienie" mnie z potrawą, która przełamała mą niechęć do placków.;)
I przepis: http://www.makecookingeasier.pl/na-obiad/quiche-lorraine-z-boczkiem-i-cebula/
W sposobie przygotowania pomięto jakoś kwestię oliwek. Na zdjęciach widać, że są one w całości wrzucane do boczku i cebuli, ale że ja zauważyłam to dopiero teraz, to moje oliwki były krojone w plasterki i wrzucane na masę jajeczną mniej więcej w połowie zapiekania. Tak sobie wymyśliłam.:)
Kulinarne zaległości
W końcu się zmobilizowałam i z wysokości mojego balkonu, po przyjemnej i troszkę męczącej wycieczce rowerowej, zabieram się do nadrabiania zaległości i publikowania tego, co zalega. Zaczynam od mojego pierwszego wakacyjnego obiadu - brokuł w cieście, a cały wic polegał na tym, że ciasto było koperkowe. Jak dla mnie trochę słodkawe ( może za dużo koperku?). Ową słodkawość łamał jednak mój sos czosnkowy, który wreszcie mi smakuje, jak robię go sama, bo bardzo długo uważałam, że jakoś innym wychodzi lepiej.:)
Poniżej fotka i link do przepisu, jakby ktoś poczuł się zainspirowany.:)
http://jaksliwkawkompot.blox.pl/2009/07/Brokuly-w-ciescie-koperkowym.html
Btw - brokuł czy brokuły? SPP głosi, że wprawdzie brokuł, ale zwykle występuje w liczbie mnogiej. Jak dla mnie - jeśli przyrządzę 3 "główki" to powiem, że BROKUŁY, jeśli jedną, to brokuł.:)
Poniżej fotka i link do przepisu, jakby ktoś poczuł się zainspirowany.:)
Btw - brokuł czy brokuły? SPP głosi, że wprawdzie brokuł, ale zwykle występuje w liczbie mnogiej. Jak dla mnie - jeśli przyrządzę 3 "główki" to powiem, że BROKUŁY, jeśli jedną, to brokuł.:)
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
Nie dziel skóry na niedźwiedziu, czyli słów kilka o narodowym malkontenctwie
Nie zamierzałam pisać o tym w ogóle, ale szlag jasny mnie trafia. Jeszcze przed chwilą miałam prawie gotowy elaborat na temat naszych cech narodowych. Ostatecznie postanowiłam powiedzieć krótko i węzłowato, o co mi chodzi. Otóż wkurza mnie bardzo, jak w naszym pięknym kraju na miesiąc przed igrzyskami media obwieszają medalami sportowców... nie, jeszcze krócej się wyrażę - jestem wściekła, kiedy po nieudanym meczu, zapewne jeszcze zanim siatkarze skończyli brać prysznic, nasi rodacy już snują teorie o dymisji trenera, sprzedanym meczu i nieudolnej drużynie. Podobnie zresztą było przecież podczas Euro. A sport to tylko sport, jak ktoś mądrze powiedział - nie statystyki zdobywają medale i na tym cały wic polega. Dlatego jest tak pasjonująco - bo jest nieprzewidywalnie! Krew się we mnie gotuję, kiedy słyszę te wszystkie studyjno - komentatorskie rozważania o łatwym przeciwniku i pewnych złotych medalach. No to mamy za swoje, tylko pewnie niczego nas to nie nauczy:/
Nie wyszło, po prostu nie wyszło, choć w rzeczywistości piłka nadal w grze i jeszcze nie wszystko jest do dupy. Przecież w sporcie, tak jak i w życiu - nie zawsze da się wykalkulować i zaplanować, byłoby w sumie dosyć nudno, gdyby tak się dało. Dlaczego więc jesteśmy takim dziwnym narodem, w którym liczy się tylko białe albo czarne - albo ktoś jest dobry albo jednoznacznie zły? Nie bądźmy do cholery aż takimi marudami! Sama ( i chyba każdy z nas) czasem wpada na jakiś fałszywy ton i wtedy wszystko jest źle, ale przyznam, że kiedy ktoś już przesadza z szukaniem dziury w całym, to doprowadza mnie to do szewskiej pasji. Tak jak właśnie dziś po przeczytaniu kilku pomeczowych komentarzy. Odniosłam wrażenie, że w zasadzie byłoby lepiej, gdyby tym biednym siatkarzom nie przydarzyły się te ostatnie sukcesy - wtedy nikt niczego by od nich nie wymagał i do nikogo nie byłoby pretensji, po prostu mieliby spokój.
Jeśli chodzi o mnie - tak czy siak i bez względu na to, co dalej - wielki szacun! Bo ja niczego nie potrafiłabym zrobić tak jak oni i to począwszy od tego, że w życiu nie odebrałabym takich zagrywek jak oni (bądźmy szczerze - prawdopodobnie żadnych bym nie odebrała:D), najprawdopodobniej wielkim kłopotem byłoby dla mnie przebicie piłki przez siatkę;), nie wspominając już o tym, że przez większość czasu miałabym żyć na walizkach, z daleka od rodziny (przecież ja minimum 2 razy dziennie dzwonię do rodziców!) Nie chciałabym też być w ich skórze, kiedy podczas meczu nic nie wychodzi, ale i tak trzeba się skupić.
Konkluzja - wyluzujmy czasem z tym narodowym marudzeniem. Wierzyć w kogoś, a wywierać presję to chyba co innego. Co nie zmienia faktu, że było mi dziś bardzo smutno, ale i tak ich uwielbiam, mimo to nie zamierzałam kolejnego postu poświęcać siatkówce (bo się na niej nie znam). Uznajmy więc, że to nie było o siatkówce, tylko o życiu.:)
PS: Ten post mnie nie satysfakcjonuje, ale publikuję, skoro już poświęciłam czas na pisanie. Chyba dzisiejsza rowerowa przejażdżka w szczerym słońcu wysuszyła moją wenę i pomysłowość. Jak zwykła pisywać więc pewna miła pani : "Przepraszam, że chaotycznie, mam nadzieję, że się połapiecie";) :*
Całuję i... "trzymajmy kciuki za naszych".:)
I chcąc nie chcąc, wyszedł elaborat. A chciałam krótko...
Nie wyszło, po prostu nie wyszło, choć w rzeczywistości piłka nadal w grze i jeszcze nie wszystko jest do dupy. Przecież w sporcie, tak jak i w życiu - nie zawsze da się wykalkulować i zaplanować, byłoby w sumie dosyć nudno, gdyby tak się dało. Dlaczego więc jesteśmy takim dziwnym narodem, w którym liczy się tylko białe albo czarne - albo ktoś jest dobry albo jednoznacznie zły? Nie bądźmy do cholery aż takimi marudami! Sama ( i chyba każdy z nas) czasem wpada na jakiś fałszywy ton i wtedy wszystko jest źle, ale przyznam, że kiedy ktoś już przesadza z szukaniem dziury w całym, to doprowadza mnie to do szewskiej pasji. Tak jak właśnie dziś po przeczytaniu kilku pomeczowych komentarzy. Odniosłam wrażenie, że w zasadzie byłoby lepiej, gdyby tym biednym siatkarzom nie przydarzyły się te ostatnie sukcesy - wtedy nikt niczego by od nich nie wymagał i do nikogo nie byłoby pretensji, po prostu mieliby spokój.
Jeśli chodzi o mnie - tak czy siak i bez względu na to, co dalej - wielki szacun! Bo ja niczego nie potrafiłabym zrobić tak jak oni i to począwszy od tego, że w życiu nie odebrałabym takich zagrywek jak oni (bądźmy szczerze - prawdopodobnie żadnych bym nie odebrała:D), najprawdopodobniej wielkim kłopotem byłoby dla mnie przebicie piłki przez siatkę;), nie wspominając już o tym, że przez większość czasu miałabym żyć na walizkach, z daleka od rodziny (przecież ja minimum 2 razy dziennie dzwonię do rodziców!) Nie chciałabym też być w ich skórze, kiedy podczas meczu nic nie wychodzi, ale i tak trzeba się skupić.
Konkluzja - wyluzujmy czasem z tym narodowym marudzeniem. Wierzyć w kogoś, a wywierać presję to chyba co innego. Co nie zmienia faktu, że było mi dziś bardzo smutno, ale i tak ich uwielbiam, mimo to nie zamierzałam kolejnego postu poświęcać siatkówce (bo się na niej nie znam). Uznajmy więc, że to nie było o siatkówce, tylko o życiu.:)
PS: Ten post mnie nie satysfakcjonuje, ale publikuję, skoro już poświęciłam czas na pisanie. Chyba dzisiejsza rowerowa przejażdżka w szczerym słońcu wysuszyła moją wenę i pomysłowość. Jak zwykła pisywać więc pewna miła pani : "Przepraszam, że chaotycznie, mam nadzieję, że się połapiecie";) :*
Całuję i... "trzymajmy kciuki za naszych".:)
I chcąc nie chcąc, wyszedł elaborat. A chciałam krótko...
piątek, 3 sierpnia 2012
Możesz być kim chcesz!
Chyba powinnam jeść produkt M. firmy Z., żeby zostać, kim chcę. To straszne mieć tyle lat co ja i ciągle nie wiedzieć, czego się tak do końca chce. Stąd też apel do nielicznych, acz wiernych czytelników: NIECH MNIE KTOŚ KOPNIE W D...! Przecież mam tyle fajnych pomysłów (skromność:D), a ciągle brakuje mi jakiejś motywacji i zebrania się w sobie. Wiem doskonale, że nic już nie dadzą rozważania pt. "gdybym w gimnazjum posłuchała rodziców i chodziła jednak na lekcje tego, tamtego i owego, to dzisiaj..." Dzisiaj też jest dzień, dzisiaj też można coś zacząć, żeby za 2, 3, 4, 5 lat nie mówić, że "gdybym 5 lat temu zaczęła...". Ja to wszystko wiem, ale...
W każdym razie uprasza się o kopa. Dziękuję.
Btw - w gruncie rzeczy małe rozstania ( przed którymi bardzo wzbraniałam się jeszcze kilka lat temu) służą małżeństwu. Wystarczyły 2 dni i jakoś lepiej to wygląda.:)
Miły piątkowy wieczór z mężem, malinowym piwkiem i olimpiadą. Nawet medalE są!:) Yeaaahh!!!:)))
W każdym razie uprasza się o kopa. Dziękuję.
Btw - w gruncie rzeczy małe rozstania ( przed którymi bardzo wzbraniałam się jeszcze kilka lat temu) służą małżeństwu. Wystarczyły 2 dni i jakoś lepiej to wygląda.:)
Miły piątkowy wieczór z mężem, malinowym piwkiem i olimpiadą. Nawet medalE są!:) Yeaaahh!!!:)))
Subskrybuj:
Posty (Atom)



